fbpx

W czasach, kiedy nie było Skype’a, Face Time’a ani agenta FBI podglądającego nas przez kamerkę w laptopie (😉), XIX-wieczna angielska arystokracja zapewniała sobie bliskie nam poczucie braku prywatności na inne sposoby – zamawiając modne miniatury w typie „lover’s eye”.

👁👁👁

Była to najbardziej intymna (a między nami – nieco „creepy”) forma portretu ukochanej osoby, której tożsamość miała pozostać tajemnicą dla otoczenia. Według ekspertów, do dziś przetrwało niespełna 1000 takich cudeniek. Historia „lover’s eye” sięga marca 1784 roku, kiedy to znany z rozrywkowego trybu życia 21-letni książę Walii (późniejszy król Jerzy IV) ujrzał w londyńskiej operze Marię Annę Fitzherbert, w której szaleńczo się zakochał.

Kobieta pochodziła z mieszczańskiej rodziny i była dwukrotną wdową (w dodatku katoliczką!), co – delikatnie ujmując – nie czyniło jej idealną kandydatką na żonę następcy tronu angielskiego. Para wdała się w romans, a w końcu w największym sekrecie wzięła ślub. Zamiast pierścionka zaręczynowego, książę Jerzy przesłał ukochanej namalowane przez znakomitego miniaturzystę Richarda Coswaya i zamknięte w złotym medalionie przedstawienie swojego prawego oka…

Ostatecznie pogrążony w długach następca tronu zgodził się poślubić swoją kuzynkę Karolinę Brunszwicką, jednak zapoczątkowana przez niego moda na romantyczne „miniatury z oczkiem” nie tylko nie wygasła, ale okazała się być hitem aż do pierwszych dziesięcioleci XX wieku. Ich wielką miłośniczką była m.in. królowa Wiktoria, która zamawiała je na prezenty u swojego nadwornego miniaturzysty Sir Williama Charlesa Rossa.

👑👑👑

 „Lover’s eye” malowano zwykle na kości słoniowej. Jeśli miniaturę otaczał wieniec pereł, mogło to oznaczać, że obiekt westchnień nie żyje (perły symbolizowały w tym wypadku uronione przez kochanka łzy).

~ ola

🎨 + ☕️ = 💕